czwartek, 22 sierpnia 2013

dobrze, że mam w pobliżu czujnego faceta

 Moje śniadanie z dzisiaj-potrzebowałam witaminowej bomby, bo po kilku dniach z rzędu wieczornego biegania zaczyna mi trochę z nosa cieknąć-ciężko pogodzić się z faktem, że ciepła letnia pogoda odchodzi w siną dal :(
Swoją drogą pierwszy raz w życiu wyszły mi idealne jajka na miękko. Podczas kilku moich prób albo gotowałam je zbyt długo, albo były w środku jeszcze surowe. Choć muszę przyznać, że rzadko zdarza mi się jeść jajka w zwykłej postaci. Zazwyczaj ukrywam ich tuziny w ciastach, babkach i omletach.

Gdy TŻ wybierał się na zakupy poprosiłam, żeby kupił mi coś dobrego. Dobrego w domyśle słodkiego. Dobrze, że TŻ dba tak o mnie i o moją dietę, bo chłop stwierdził, że nie jem słodyczy, więc kupił mi... wędzonego łososia. W efekcie moje drugie śniadanie wyglądało niemal identycznie, jak pierwsze, z małymi poprawkami:

Dobrze mieć przy sobie kogoś, kto sprowadzi Cię na ziemię i ustrzeże przed zawaleniem diety. Ostatnio, gdy pozwoliłam sobie na wieczorne naleśniki z nutellą, od razu następnego dnia na siłowni odczułam efekty zgubnego jedzeniowego wyboru. Nie wierzyłam w to, że jeden wyskok potrafi dać tak w kość. Ale człowiek jest niedowiarkiem, póki nie doświadczy tego na własnej skórze.

sobota, 17 sierpnia 2013

Co mówią: NA SIŁOWNI


Trafił do Was już ten filmik? Chłopaki potrafią poprawić humor :D
 Bardzo przypadł mi do gustu jeszcze ten "odcinek":


Pieczone sajgonki. Najwyższa pora zacząć dbać o swoje kłaczki :)

Cześć i czołem :)
Ostatnio się jakoś strasznie wkręciłam w blogi o pielęgnacji włosów. Usłyszałam kilka opinii na temat mojego "upierzenia" :P , jakoby stan moich włosów znacznie się polepszył. Wcześniej były one w opłakanym stanie (prostowanie od -o zgrozo!, podstawówki, okres niedożywienia, wyniszczających diet, drastycznego obcinania kalorii), a jako, ze staram się o zadbane ciało, to dlaczego włosy mają zaprzeczać definicji zdrowia?

Od dłuższego czasu spijam drożdże, siemię lniane pochłaniam wręcz kilogramami, dodaję je praktycznie do wszystkiego, co jem-bardzo mi smakuje, a przy okazji troszczy się o czystą buzię, mocne paznokcie (uwierzcie mi na słowo, sprawdzone w stu procentach;)) i najwyraźniej- o kondycję włosów.

Tak sobie przeglądam te blogi i nie mogę się nadziwić, ile "włosomaniaczki" są w stanie nawalić tego wszystkiego na łebki :P aż mi wstyd, że moje "zabiegi" kończą się na nałożeniu szamponu, odżywki i jedwabiu (który swoją drogą też podobno do najlepszych kosmetyków nie należy, ale póki co, muszę pogłębić swoją wiedzę).
Także w poniedziałek lecę do Rossa po olejek na włochy, mam nadzieję, że moje domowe urodowe eksperymenty nie skończą się porażką, tak jak to było przy rozpaczliwych próbach depilacji pastą cukrową-boli mnie na samą myśl, awrr.
 A tym czasem wrzucam przepis:)

PIECZONE SAJGONKI
Nie miałam okazji jeść tych tradycyjnych, smażonych, ale może kiedyś, kto wie :)
 Moja propozycja pewnie nie ma wiele wspólnego z tymi podawanymi w azjatyckich knajpkach, potraktowałam je bardziej jako wykorzystanie resztek (przecież nie chcemy, żeby jedzenie się marnowało :))

Składniki:
-papier ryżowy-ja zużyłam 20 listków
-30g makaronu sojowego
-150g zmielonego mięsa-u mnie schab wieprzowy, który potraktowałam malakserem
-1 marchew
-kawałek selera
-1 cebula
-kilka grzybów mun
-pędy bambusa
-ulubione przyprawy, ja wrzuciłam paprykę ostrą i słodką, pieprz ziołowy, zioła prowansalskie i mój ukochany sos sojowy-dużo sosu sojowego
lub po prostu-wrzućcie to, co macie w lodówce ;)

1.Grzyby moczymy w gorącej wodzie przez 20 min, podobnie robimy z makaronem-zalewamy wrzątkiem i zostawiamy na ~10min -najlepiej w tym wypadku sugerować się instrukcją na opakowaniu.
2.Zmielone mięso wrzucamy na patelnię i doprawiamy.
3.Marchew, seler ścieramy na tarce, cebulę, pędy bambusa i namoczone grzyby kroimy drobno, wszystko wrzucamy do podsmażonego mięsa (u mnie bez tłuszczu). Dodałam jeszcze pół niezidentyfikowanej papryczki konserwowej, którą przywlekłam z Chorwacji i z wielką ochotą włożyłam do buzi całą jedną sztukę-myślałam, że umrę, chwilę później wypiłam duszkiem 2l wody mineralnej. Od tej pory uważnie je dawkuję do potraw, a jeden malutki słoiczek starczy mi na kilka najbliższych miesięcy.
4.Całość dodatkowo przyprawiamy i dusimy pod przykryciem 20-30 minut, dolewając wody w razie potrzeby. Po upływie tego czasu ściągamy pokrywkę i dokładnie odparowujemy.
5.Wlewamy trochę letniej wody na talerz i każdy arkusz papieru ryżowego moczymy przez 2 sekundy, aby zmiękł. Układamy papier na blacie, nakładamy farsz (u mnie po bardzo kopiastej łyżce na jeden listek) i zawijamy tak jak krokiety:
z bloga zbrosiakowacocina.blox.pl

6.Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180-200* przez około 20-30min, aż się przyrumienią.


Sajgonki jedzone widelczykiem-o cholerka, ale amatorszczyzna :O
Moje zmagania z pałeczkami zakończyły się podczas próby jedzenia nimi sushi-ryba była wszędzie, tylko nie w moich ustach. W końcu się poddałam i jadłam rękoma :)
Jednak jestem europejska kobitka i bez widelca nie dam sobie rady :P

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Koniec urlopu, powrót do codzienności

Oo tak, skończyły się wszelkie moje wyjazdy. Wracam na dobre do życia, jakie prowadziłam przed rozpoczęciem wakacji. Opuściłam kompletnie bloga na ten czas, teraz będę starała się nadrobić straty.

Zauważyłam u siebie jakieś stany depresyjne i powrót zaburzeń odżywiania. Kiedy byłam poza krajem, moich myśli nie zaprzątało ciągle jedzenie, chodziłam szczęśliwa, każdy mi mówił, ze jestem wiecznie uśmiechnięta. Mimo, ze jadłam z głową, nie pozwalałam sobie na słodkości i fast foody, odmawiałam sobie spróbowania wielu regionalnych potraw, to w mojej głowie nie siedział non stop temat jedzenia. Miałam przy boku osobę, na której mi strasznie zależało i to właśnie ta osoba była powodem mojej radości. Nagle wróciłam do domu, czar prysł. Ciągłe dylematy, co by tu jeszcze zjeść, choć żołądek bolał z przejedzenia. Jadłam tak długo, aż nie czułam kompletnie smaku. Po 3 bułkach z nutellą nadchodziła kolej na następne 3 bułki z pasztetem, potem jeszcze kilka parówek, batoniki i kiełbasa. I kilka misek płatków z mlekiem. Później płacz i wyrzuty sumienia. Obiecywanie sobie, że to był ostatni raz, że muszę być silna i powiedzieć sobie stop. Po czym następnego dnia historia toczyła się tak samo.
Anoreksja, kompulsywne objadanie, jeszcze tylko bulimii brakuje mi do kompletu. Ale boję się rzygać. Kiedyś nawet próbowałam z koleżanką (zaawansowaną w tym temacie ,że tak powiem), ale mimowolnie cofałam palce, po prostu nie umiałam. Może to i lepiej, bo jeszcze by mi się spodobało.

Ale od kilku dni wzięłam się w garść. Skończyłam się nad sobą użalać, bo wiem, że nie ma możliwości powrotu mojej wakacyjnej radości. Muszę znaleźć inny sposób na sprawianie przyjemności swojej duszy i ciału. Wracam do tego, co tak kochałam przed tym dołkiem psychicznym-zdrowe jedzonko, gotowanie, siłownia, buty sportowe i radośnie nabijane kilometry siłą własnych nóg :)

Byłam dzisiaj po nowy karnet w klubie, od razu zostałam na "chwilkę", nie mogłam się oprzeć. Wykonałam swój plan treningowy, następnie 25minut bieżni (bieg 10km/h przeplatany z szybkim marszem z max. pochyleniem), po czym godzinka ćwiczeń grupowych na BOSU. Było świetnie, kompletnie odżyłam :)

JEDZENIE:
  • jestem ogromnie zadowolona z tego, że udaje mi się unikać wysoko węglowodanowego jedzenia. Co prawda ilość węgli waha się w granicach 50-150 (zależy jak bardzo kuszą mnie owoce:P) i to w dodatku są to węglowodany w większości z warzyw. Za to zawyżam podaż tłuszczów.
  • Dążę do całkowitej eliminacji słodzika (jakikolwiek by on był, stewia to nadal słodzik). Wcześniej moje jedzenie było strasznie przesłodzone (uwielbiam słodkie), teraz dzięki ograniczeniu słodzidła odkrywam nowe smaki, które wcześniej słodkość bezczelnie zatajała. Może dzięki temu zniknie mi też całkowicie ochota na słodycze i nie będę musiała zalczyć z instynktem czekoladoholika :)
  • Chciałabym stopniowo ograniczyć też nabiał, który pochłaniam w ilościach hurtowych. I niech nikt mi nie mówi, że wszystko jest dla ludzi-kostka twarogu, 2 wielkie serki wiejskie i krążek camemberta w jeden dzień nie mieszczą się w granicach rozsądku. Uwielbiam nabiał i to kolejna rzecz, z którą muszę walczyć.

Wstawiam kilka fotek z moich wakacji:

 Tureckie słodycze-dla takich przyjemności warto nachylić każdą dietę:)

Turcja gwarantuje rozrywkę nie tylko dla podniebienia, ale także i dla oczu-piękny Błękitny Meczet. W moich doznaniach swoimi kształtami przebił nawet mieszczącą się niedaleko Hagię Sofię.

 To z kolei Chorwacja. Lepiej było nie ryzykować nadepnięcia tych żyjątek ;)

Mój zawodowy pływak-nie przepuścił żadnej okazji, by pochlapać się w morzu. Na plaży pustki, ludzi chyba przerażała ogromna ilość schodów ustawionych praktycznie pionowo-jak myślicie, kto z uśmiechem na twarzy wbiegał po nich w najszybszym tempie? Oczywiście, że ja!:)

 Następny i tym samym ostatni przystanek-Bułgaria. Tu plaża i morze nie były takie piękne jak na Chorwacji, większość czasu spędzałam na hotelowym basenie lub spacerując po miasteczku.

 Trzymajcie się ciepło, jeszcze tylko 2 tygodnie wakacji, korzystajcie ile się da :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...